Tematem przewodnim kampanii wyborczej w 2015 roku, który doprowadził Prawo i Sprawiedliwość do władzy, był program 500+, mający ratować szybko pogarszającą się sytuację demograficzną Polski. Kiedy w 2016 roku wprowadzano ten program społeczny w życie, współczynnik dzietności (stosunek liczby urodzeń żywych w danym okresie do liczby kobiet będących w wieku rozrodczym (15-49 lat)) wynosił 1,357. W 2021 roku (ostatnie dostępne dane), wskaźnik ten wyniósł 1,320. Biorąc pod uwagę hojność programu, który rocznie kosztuje Budżet Państwa ok. 40 mld zł, można uznać, że to nie skala czy zakres, ale sam instrument nie jest adekwatnym i wystarczającym instrumentem walki z pogarszającą się z każdym rokiem strukturą wiekową polskiej populacji.
Analizując problem spadku poziomu dzietności w wysokorozwiniętych społeczeństwach trzeba zawsze mieć na uwadze, że utrzymanie się współczynnika dzietności powyżej poziomu tzw. prostej zastępowalności pokoleń jest niemożliwe. Byłoby to bowiem zaprzeczeniem naturalnego rozwoju populacji, w którym po boomie gospodarczym wzrost populacji wyhamowuje wraz z dynamiką wzrostu gospodarczego.
Statystyki dzietności państw zachodnioeuropejskich są niejako zaburzone wobec oczekiwanych niskich wartości, głównie przez wpływ pierwszej i drugiej generacji imigrantów, którzy utrzymują zwyczaje, w tym także wysoki poziom dzietności, z krajów rozwijających się, z których emigrowali. Ten efekt zanika zaczyna zanikać jednak zwykle w 3 pokoleniu, gdy imigranci zaczynają przyjmować zwyczaje społeczne ludności tubylczej. Krajem, do którego często porównywana jest Polska w kontekście demografii, są Czechy, w których współczynnik dzietności wzrósł z poziomu nawet 1,13 w 1999 roku do 1,83 w 2021 roku. To, czego jednak trzeba unikać w analizie polityki społecznej, to oczekiwania, że przeniesienie danego rozwiązania do innego państwa, cechującego się innymi uwarunkowaniami społecznymi, da ten sam czy nawet podobny efekt.
Nie ulega wątpliwości, że we współcześnie zglobalizowanym, zarówno gospodarczo, jak i kulturowo świecie, sytuacja młodych ludzi (a więc tych w wieku rozrodczym), ma znacznie więcej podobieństw niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Z punktu widzenia demograficznego najważniejszą ekonomiczną barierą stojącą na drodze potencjalnych rodziców do założenia rodziny są ceny domów i mieszkań. Kulturowo istnieje przekonanie, że „własne M4” jest podstawową inwestycją oddzielającą młodzież od dorosłych, która otwiera drzwi do poczucia bezpieczeństwa niezbędnego do planowania rodziny. W Polsce to poczucie jest wyjątkowo silne, co wynika zarówno z gospodarczo liberalnie nastawionego społeczeństwa, jak i pozostałości komunistycznych przekonań ekonomicznych. Niestety, ceny mieszkań na rynku rosną w zawrotnym tempie, dalece wyprzedzając wzrost wynagrodzeń, a miasta i rządy nie budują wystarczająco dużo nieruchomości socjalnych, by zaspokoić potrzeby najbardziej potrzebujących i tych poszukujących pierwszego mieszkania.
Aspekty ekonomiczne nie są jednak najsilniejszymi determinantami zachowań młodych ludzi. Dziś decydujące są tak zwane czynniki kulturowe. Po pierwsze, dla kobiet macierzyństwo nie jest dzisiaj atrakcyjną perspektywą spędzenia 3 i 4 dekady życia. Kolejne ruchy feministyczne otworzyły kobietom drogi w światach zarezerwowanych dotychczas dla mężczyzn, co pokazują statystyki – kobiety znacznie chętniej poświęcają się nauce czy karierze zawodowej kosztem przynajmniej wcześniejszego macierzyństwa. Jednocześnie kultura masowa pokazuje „kobiety sukcesu” jako biznesmenki, naukowczynie czy polityczki. W rezultacie w Polsce nie tylko spadła dzietność, ale także wiek matki przy 1 dziecku wzrósł w ciągu zaledwie 16 lat z 28,18 lat w 2005 roku do 29,87 w 2021 roku. W grupie wiekowej 30-34 efekty tej zmiany są szczególnie widocznie: w 2005 roku rodziło się 59,2 dziecka na 1000 kobiet. W 2021 roku było to już 82 dzieci.
Nie bez wpływu na macierzyństwo jest też dalszy rozwój i dostępność antykoncepcji dla obu płci a także spadek trwałości i zmiana charakteru związków. Liczba małżeństw, zwyczajowo uważanych za najtrwalszy związek potencjalnych rodziców, spadła między 2000 a 2020 rokiem z ok. 205 tysięcy do niecałych 150 tysięcy rocznie, choć dane te są znacząco zaburzone wpływem pandemii Covid-19 i ograniczeniami związanymi z organizacją wesel. Istonie rośną jednak: wiek zawierania pierwszego małżeństwa, odsetek rozwodów oraz liczba małżeństw ponownych, często już po wieku rozrodczym.
Najciekawszym wątkiem wpływającym na dzietność w Polsce są różnice w strukturze płci migrantów wewnętrznych w wieku 19-36 lat, konkretnie zaś obserwowany silny odpływ kobiet z obszarów wiejskich i mniejszych miast w kierunku największych ośrodków miejskich. Według Wyliczeń Rządowej Rady Ludnościowej, rejestrowany odpływ kobiet w wieku 20–29 lat z gmin typowo rolniczych był dwukrotnie większy niż mężczyzn i sięgał rocznie kilku–kilkunastu procent tej populacji. Efektem powyższego zjawiska jest nieraz silne niezrównoważenie płci w tzw. wieku małżeńskim na obszarach peryferyjnych Polski, poważnie osłabiające szanse na założenie rodziny i tym samym poprawę dzietności. W niektórych gminach na 100 mężczyzn w wieku 20–34 lata przypada zaledwie 80 i mniej kobiet. Dane pokazują, że że problem niezrównoważenia jest szczególnie dotkliwy w gminach typowo rolniczych. W rzeczywistości problem ten jest prawdopodobnie głębszy z uwagi na brak wymeldowania się z miejsc zamieszkania części migrantów.
Konsekwencje są daleko idące. Młode kobiety emigrują do dużych miast, by skończyć studia i podjąć dobrze płatne prace. W poszukiwaniu partnerów szukają mężczyzn o podobnym wykształceniu i ambicjach, a mężczyzn o takim profilu jest w największych miastach za mało. Tym samym liczba małżeństw w pewnym stopniu wynika z nierównowagi płci na obszarach peryferyjnych (oddalone od większych miast wsie i małe miasta), skąd od lat emigrują młode kobiety, jak i na obszarach największych miast i ich suburbiów, gdzie się osiedlają.
Podsumowując – działania w zakresie polityki społeczno-mieszkaniowej, choć istotne, nie są decydującymi determinantami wpływającymi na decyzje prokreacyjne młodych ludzi w Polsce. Emancypacja kobiet w nauce i na rynku pracy, bardzo mile widziana zarówno przez gospodarkę jak i naukę, negatywnie wpływa na chęć posiadania dwójki lub większej liczby dzieci przez kobiety, a tylko taki model rodziny gwarantuje wzrost współczynnika dzietności Bardzo duże znaczenie ma także fakt, że w realiach dzisiejszej kultury macierzyństwo bywa traktowane jako „niewykorzystany potencjał” zawodowy czy towarzyski. Innym czynnikiem osłabiającym polski potencjał demograficzny jest także osłabienie relacji wśród młodych ludzi, i to nie tylko tych małżeńskich, ale także nieformalnych.
Autor: Marcel Lesik